Porad udzielają:

 

 

Maciej Cisło

Jak pisać?

Ja piszę na makulaturze, na kartkach z jednej strony już zapisanych. Używam jak najprostszych narzędzi, w rodzaju ołówka, nożyczek i taśmy klejącej. Właśnie: nożyczki i taśmę uważam za niezbędne, po to, by można szybko przekonstruować tekst bez jakiegoś bałaganiarskiego mazania. To samo da się zrobić na komputerze, ale ekran niszczy wzrok, wolę więc pracować na papierze. Gotowy wiersz musi odczekać, wiadoma to rzecz, nie wolno się nigdy spieszyć z publikacją. (Niektóre literackie portale internetowe zaznaczają, że nie przyjmują od autorów więcej, niż po jednym utworze dziennie.) Ze sztuką pisania łączy się sztuka NIEPISANIA, czyli skreślania i wielokrotnego poprawiania; dobrego autora cechuje wrodzona łatwość pisania i nabyta trudność. Z innej beczki: tworzenie poezji nie może się odbywać w pełnym świetle dziennym, czy pod jaskrawą lampą. Z liryką, jak z miłością: domaga się ona pewnej dyskrecji. Kto chce się kochać z Muzami, lepiej, żeby szukał półmroku i samotności, niż kawiarni (istnieje mit pisania w kawiarni), czy hałaśliwej aury slamu. Tylko zwierzęta robią miłość na oczach stada, ludzie tego nie robią. Miłość, właśnie: ona nas uskrzydla i podpowiada najpiękniejsze słowa! Poeta musi zawsze kochać, ludzi, krajobrazy i samą sztukę. Emocje należą do podstawowego instrumentarium lirycznego. Po arabsku poezja i miłość nazywane są jednym wyrazem: szir. Od czasu do czasu można też nienawidzić, Henri Michaux prawie wszystko napisał używając nienawiści. Z kolei Horacy namawia do ogólnego powściągu, do równowagi między sercem i rozumem, "złotego umiarkowania", aurea mediocritas. Można by jeszcze długo pisać o tym, jak pisać, przedmiot jest niewyczerpywalny. Powstały tysiące poetyk regulujących sprawy sztuki słowa, od arystotelejskiej i horacjańskiej po współczesne poradniki internetowe (tu polecałbym ciekawy "Podręcznik grafomana" na portalu Sokaris). Stawiam już teraz kropkę i przechodzę do tematu

Co czytać?

Oczywiście czytać dobrą literaturę, unikać śmiecia, bo człowiek jest tym, co je, zarówno fizycznie jak intelektualnie, der Mensch ist, was er isst. Młodym adeptom poezji taka wskazówka jednak nie wystarczy, oni chcieliby wiedzieć co czytać na temat sztuki pisania. Wiem o tym, ponieważ o takie lektury bywam pytany podczas różnych warsztatów literackich. I wobec tego proszę bardzo, oto lista książek pomagających w pisaniu książek (są tu również leksykony):

Jan Parandowski Alchemia słowa, 1998; Matthew Sweeney, John H. William, Jak pisać dobrą poezję, 1999; Katarzyna Siba, Praktyczny kurs pisarstwa: dowiedz się, jak napisać intrygującą i wciągającą książkę, 2005; Izabela Filipiak, Twórcze pisanie dla młodych panien, 1999; Wiktoria Nester, Sztuka pisania: poznaj tajniki najpopularniejszych form pisarskich, czyli jak pisać, aby ludzie chcieli to czytać, 2008; "Podręcznik grafomana", www.sokaris.pl; Georges Jean, Pismo - pamięć ludzkości, 1994; Hans-Georg Gadamer, Rozum, słowo, dzieje, 1979; Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury 1985; tenże, Słownik wyrazów obcych, 1999; tenże, Słownik symboli, 1990; Vademecum polonisty, pod red. Janusza Sławińskiego (w tej serii m.in. znakomity Słownik terminów literackich 1988); Aleksander Brückner, Słownik etymologiczny, 1993; Barbara Drabarek, Jacek Falkowski, Izabella Rowińska, Słownik motywów literackich, 1998; Andrzej Dąbrówka, Ewa Geller, Ryszard Turczyn, Słownik synonimów, 1993; Pisarze świata, leksykon pod red. Jolanty Skrundy, 1998.

Analiza wiersza

"Co poeta miał na myśli...?" - znamy wszyscy ze szkoły to belferskie pytanie. Bywa ono rozszerzane przez zawodowych krytyków i recenzentów, spośród których wielu nie rozumie, że o poezji nie da się sensownie mówić prozą. Ja sam napisałem w życiu ileś recenzji prozą; mam na swoje usprawiedliwienie tylko to, że robiłem to dla pieniędzy. Sensowną odpowiedzią na wiersz jest tylko inny wiersz. Kto kocha poezję, winien z nią rozmawiać poetycko. I oto próba takiego dialogu. Na utwór Anny Janko pt. "Miłość to świetlisty cudzoziemiec" odpowiadam swoim wierszem, zatytułowanym "Świetlista cudzoziemka":

MIŁOŚĆ TO ŚWIETLISTY CUDZOZIEMIEC

Ciało miłosne pyli się jak światło
Oddech tam i z powrotem chodzi igła z nitką
Nikniesz spadając w słodką zatratę
I znów chcesz się tylko kołysać kołysać
Kostka krtani obraca się szóstką do góry
Miłość to świetlisty cudzoziemiec
Czysty w księżycu niesie ścinki oczu białe
O mój pożyczony powtarzalny kochanku
Pijemy z tej samej gąbki powietrza
A nasze dusze wymieniają się przez skórę


ŚWIETLISTA CUDZOZIEMKA

Ciało miłosne ziemia obiecana
W której pragniesz rosnąć ginąć zmartwychwstawać
Raj i wygnanie z raju Nienasycenie
Pragnienie syci się pragnieniem
O moja pożyczona powtarzalna kochanko
Nasze dusze wymieniają się przez skórę
Blednie noc gwiazdy tracą płatki wzeszły oczy
Śni się jawa
Miłość to świetlista cudzoziemka


Marta Podgórnik


„(...) Wystarczy
znać siedemdziesiąt pięć procent słów tekstu który się czyta by zrozumieć
całość Jednak gdy brakuje ci tylko jednego wyrazu
nie możesz powiedzieć nic ”

(Bohdan Zadura Nasze ciała nie są bardziej rzeczywiste niż nasze westchnienia)



Proszę Państwa,

mam się tu wypowiedzieć, odpowiedzieć na pytania zadane w taki sposób, że z góry skazuje mnie na pieprzenie głupot. Granie na tanim, rozklekotanym pianinie kilku wydanych tomików ogranej melodyjki wielkodusznych porad i nie pierwszej młodości prawdek czy półprawdek. Albo uderzanie w dzwony.

Nic z tych rzeczy. Jestem bowiem tylko (jeszcze) młodą pisarką klasy B. Nie piszę dla rzesz, nie cierpię za miliony. Nie zarabiam kroci. W dodatku charakter mam trudny, jestem zbyt zasadnicza, i nie za specjalnie towarzyska. Źle znoszę występy publiczne. No i, że urody jestem raczej radiowej, na okładkach pism kolorowych nie sprawdzam się najlepiej, a raczej - w ogóle. Więc co ze mnie za autorytet dla początkujących pisarzy?

Mogę jedynie podzielić się swoim sposobem myślenia o uprawianym zawodzie. Tak, literatura to (dla mnie) zawód; słowo "zawód" ma w polszczyźnie dwa równoprawne znaczenia. Gdy się nad tym chwilę zastanowić, owa dychotomia stanowi być może najbardziej adekwatną odpowiedź na wszelkie związane z dziedziną zapytania.

I. Jak pisać?

Jak najbardziej. Byle szczerze. Bez oglądania się na durne mody. Bez cytowania nielubianych klasyków i niezrozumiałych współczesnych (i odwrotnie). Z szacunkiem dla polszczyzny, z dystansem wobec skrzeczących dyrektyw jej samozwańczych strażaków potykających się o balkoniki pustki. Z humorem, bo on stanowi koło ratunkowe w stawie zgryźliwości, chcącej za humor uchodzić. Bez idiotycznych ambicji aforystyczno - mądrościowych. Bez banalnie łatwych gierek słownych, których jedynym sensem jest wywołanie knajpianego śmiechu slamowej publiczności. Bez tych nadętych orkiestr języka, zrodzonych z nieodpowiednich lektur, próżności wyobrażeń o tym, czym ma być literatura. Bez nabierania kogokolwiek. Bez ustępstw wobec siebie. Z szacunkiem dla siebie, zamiast kryjącego pustotę samouwielbienia. Nie wykręcając sobie nóżek na koturnach z morskiej pianki. Nie obrażając się o krytykę. Zachowując ile się da estetycznego sumienia. Pamiętając, jak pisał Cortazar, że będziemy traktowani tak, jak sami traktujemy literaturę.

II. Co czytać?

A cokolwiek. Wszystko najlepiej. Klasykę, biblioteczkę rodziców, kolorowe magazyny, współczesnych poetów, ulotki, napisy na opakowaniach proszku do prania. Nikt tej czytelniczej roboty za nas, Drodzy Państwo, nie odwali. Żeby nauczyć się oddzielać ziarna od plew trzeba długo grzebać w plewach. Żeby pozbyć się idiotycznych szkolnych nawyków interpretacyjnych, znaleźć źródła inspiracji i lekturową przyjemność, trzeba czytać wiele, z uwagą, bez uprzedzeń, ale i bez bezkrytycznych zachwytów (które często u początkujących literatów przekładają się na epigonizm).

Koniecznie należy czytać umowy przed ich podpisaniem.

Warto też czytać swoje wiersze na głos, zadając sobie pytanie, czy nie będąc ich autorem, chciałoby się tego słuchać.

Spytać wszystkich o zdanie, i zrobić po swojemu. Ale - pytając, naprawdę słuchać odpowiedzi. A robiąc po swojemu - naprawdę słuchać odpowiedzi.
III. Wiersz. Interpretacja.

Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, i to trochę słabo wybrzmiewającym poza jej kontekstem, ale wydał mi się zaskakująco dobrze brzmieć w kontekście mojej tu z Państwem rozmowy. Jak sądzę, nie wymaga odautorskiego komentarza; w pewien sposób sam go już stanowi. (To piękne słowo: autoreferacja.)

SYNDYK NA LODZIE

(.)

Nowy Świecie, czy mógłbyś zatrzymać ten dialog? - Muszę napisać wiersz, że mamy romans. - Jak już musisz, to pisz (.) Tylko się nie udław.

I.

Nic niedawno w ten sposób. Same puste zdania i ani grama złota na wagę przedmiotu. Chodzę w takiej jasności dziesięć stóp nad ziemią obracaną jak banał na końcu chaosu.

Miłosne zdania trącą z lekka myszką. Innym zdaniom nie sposób uwierzyć w ten sposób.

Być może wszystkie zdania dzieją się za szybko. Być może właśnie zawsze nie może się zdarzyć

nad ziemią lekka mżawka. Jego czarna teczka zamaka i ta wilgoć jest taka podstępna, że

nie sposób jej poczuć pod osłoną nocy. Chodzę w takiej jasności jakbym przeszedł nagle

na lunatykowanie,

kroczył lekką myszką.

Być może ona może zbudować trzy zdania na kwantyfikatorze, bo niema jest rozpacz deszczowego poranka, gdy teczka zamaka i ani grama złota, by zatrzymać coś tam.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
P.S.:

Jak widać, nie potrafię Państwa ad hoc niczego nauczyć. Bo nienawidzę (organicznie) szkół. Bo uczymy się zawsze sami, najczęściej na błędach. Bo wybierając (parafrazując jednego z żyjących klasyków) między wiernością zasadom a wiernością sobie, aby choć raz móc wybrać to drugie, musimy mieć to pierwsze. Odpowiadamy sobie różnorako na pytania "jak?" i "po co?", lecz przecież wystarczy naprawdę słuchać odpowiedzi. Spytać wszystkich o zdanie, i zrobić po swojemu. Ale - powtarzam - pytając, naprawdę słuchać odpowiedzi. Robiąc po swojemu - naprawdę słuchać odpowiedzi.

Bo w pisaniu, moi mili Państwo, jak w miłości: nie ma dobrych odpowiedzi, są jedynie - szczere.

Pozdrawiam,

Marta Podgórnik


Eugeniusz Kurzawa


Prezes Zielonogórskiego Oddziału Związku Literatów Polskich

Co czytać?


Oczywiście książki Tadeusza Różewicza. Dlaczego? Bo to najwybitniejszy poeta polski.
Teraz rozwinięcie. Napisałem, że należy czytać Różewicza i polecam go każdemu, a szczególnie poetom początkującym. Jednakże dodam - ponieważ ten przekaz jest adresowany chyba głównie dla piszących wiersze - wcale nie jestem przekonany, że od czytania tego wielkiego poety, jak i każdego innego zostaje się poetą. Chyba raczej nie... Zatem, mógłbym rzec, iż można czytać cokolwiek, nawet gazety, gdyż dla twórczości danego człowieka i tak to nie będzie za bardzo istotne. Może troszkę.
Myślę jednak, iż jeśli już zabierać się za studiowanie poezji pod kątem wyciągania z niej wniosków, myśli, przesłanek do własnej twórczości, to należy to czynić przy pomocy nauczycieli. A jeszcze lepiej Nauczycieli. Przedzieranie się bowiem przez dzieła mistrzów samemu, zdaje się, do niczego poza niezrozumieniem nie doprowadzi. Powinna być ręka, która prowadzi przez dżunglę, najlepiej uzbrojona w maczetę. A gdy się już nabierze wprawy - bierze się maczetę w swoje ręce.

Jak pisać?

Syntetycznie, zwięźle. Krótko. Dobrze. Poezja nie powinna być gadulstwem. Nie należy zatem budować rozgadanych wierszy i w tej formie przekazywać ich do druku. Jestem za solidną adiustacją własnych tekstów, za poprawianiem, skracaniem, słowem szukaniem jak najdoskonalszej formy wyrazu. Nie wierzę w natchnione zapisy, choć akurat utwór, który przytaczam powstał od pierwszego razu. Z małymi późniejszymi korektami. Ale to wyjątek.
Mój problem zresztą polega na tym, iż nie widzę końca poprawek. Zawsze, uważam, wiersz da się jeszcze udoskonalić. To powoduje, iż moje utwory np. w pierwszej publikacji prasowej są nieco inne niż zamieszczone w tomiku. A jeśli wydaję "dzieła przebrane", to znowu pojawiają się różnice.

Historia jednego wiersza

Poniżej przytaczam wiersz opowiadający o mojej małej ojczyźnie, wielkopolskim miasteczku Zbąszyń, w jednym z jego historycznych, ale i współczesnych przejawów.
Otóż przemiany polityczne 1989 roku i paru lat późniejszych zastały mnie jakieś 700 km od stron rodzinnych. Mieszkałem i pracowałem wówczas w Białymstoku, jednakże bardzo mocno interesowały mnie lokalne wydarzenia, zwłaszcza przemiany samorządowe. Żałowałem, że nie mogę w nich uczestniczyć. Los się jednak do mnie uśmiechnął. Nowo wybrany samorząd mojego miasta i gminy przysłał list proponując mi przygotowanie zmiany nazewnictwa ulic w mieście. Przyjąłem propozycję. Usiadłem do zadania, żeby zrobić je porządnie. Kilka tygodni studiowałem stare mapy, plany, dłubałem w starych dokumentach, czytałem przedwojenne akty i monografię z 1935 r. W końcu powstało kompleksowe studiom - myślę, iż jedyne w swoim rodzaju w Polsce - w którym ... nie wymyśliłem ani jednej nazwy. Wszystkie zaś są odtworzeniem starych, średniowiecznych określeń zwyczajowych, w tym przypomnieniem zaułków. Nie było za to ani jednej nazwy politycznej, żadnego nazwiska. Nazwy zostały przyjęte przez radę miejską i funkcjonują do dziś.
Gdy ochłonąłem po tej pracy pewnego dnia niespodziewanie wypłynął ze mnie wiersz mówiący o tym, że centrum świata jest tam gdzie jesteśmy. I to jest najważniejsze miejsce.


***
ktoś Wielką (lub Pospolitą
lub Wspólną) zdążał do bramy na Starym Moście
inna wyprowadzała do Rajewa na szlak
ku Łużycom do Europy

kto zostawał
tu pragnął kości złożyć nie chciał zobaczyć
i poznać Kaffy Konstantynopola
złotego Rzymu chodził Kozią Kaczą do łaźni
dumniej Kapłańską może do szkoły
a w rozrywającym bólu Cmentarną czy
Świętomikołajską obok sędziowskiego domu
zwykle zaś spieszył Poprzeczną Małą
w interesie Ramów Sukienniczych lub Starego Mielcucha
w jarmarki ożywał Rynek w niedziele kościół przy nim
i kaplica zamkowa i kościoły za rzeką świętego Krzyża
albo świętego Mikołaja omijając
szpital na Przedmieściu święty Wojciech
wychodziło się do Strzyżewa Strzyżewską
Wolsztyńską na strzelnicę bractwa
Borujską Świętokrzyską Kolesińską do świata

świat był tam
ale przede wszystkim tu



Tomasz Jastrun

Jak pisać ?

Jak pisać? Uczę ładnego pisania w warszawskiej wyższej szkole Mediów i Komunikowania im Giedroycia. Zaczynam wykłady od słów: nie można nauczyć pisania tekstów literackich, można co najwyżej kształtować i doskonalić talent, a można go też zmarnować. Talent to dar, ma się go lub nie ma się . Jednak zaskakująco wielu ludzi posiada talent, niektórzy o tym nigdy się nie dowiedzą. Warto go więc w sobie szukać
Jeśli szuka się w sobie talentu, należy pisać samym sobą, a nie kimś innym. Gdy się pisze, najlepiej być gdzieś między pewnością siebie, a niepewnością. Pisać uparcie i wytrwale, pisać wiele, dlatego polecam pisanie dziennika (pamiętnika) ale nie blogu. Blog jest na pokaz, na początku lepiej pisać tylko dla siebie. Dziennik to dobry trening myśli i pióra, to też rozmowa ze sobą i autoterapia. Pisząc trzeba pamiętać, że w prozie powinno być zawsze trochę poezji, ale nie za wiele.

Co czytać?

Pouczać młodych co mają czytać? Cóż za naiwność, co za arogancja, w każdym wieku w każdym stanie emocjonalnym, w każdej ruchomej chwili co innego jest potrzebne. Czytać trzeba to co wchodzi płynnie i naturalnie , a czasami też to co stawia opór. Są dwa typy lektury; z prądem i pod prąd, oba są cenne. Najlepiej czytać z "piórem" ,a "czytanie bez pióra jest jak sen" - powiedział jeden z papieży. Słusznie. Najwięcej uczyłem się, gdy czytałem wiedząc, że będę o książce pisał. Takie czytanie przeradza się w rodzaj studiów. Ale podczas każdej lektury, podkreślam ważne dla mnie fragmenty, oczywiście ołówkiem, piórem do byłoby barbarzyństwo. Potem, nawet po latach wiem co było dla mnie ważne.
Można czyta by się uczyć i by się bawić, najlepiej robić jedno i drugie
Mogę tylko napisać, co ja właśnie teraz czytam, a to groch z kapusta lub raczej perły z brylantami.
Czytam więc pięć tomów pamiętników Hercena , wydanych w latach 50, genialny i ciepły myśliciel i pisarz. .A jako, że zwykle czytam kilka rzeczy na raz , czytam też eseje Emila Ciorana m inn "Ćwiartowanie" . Książki Ciorana można czytać od końca , od środka na wyrywki, chociaż ostrzegam to nihilista ... I niezwykła gonitwa myśli, inteligentne rozbłyski ...
Kończę też lekturę dwóch nowych biografii Jana Potockiego, co zmusza mnie do lektury listów króla Stanisława Augusta , on doprawdy miał talent literacki. Jedna lektura często u mnie , nieuchronnie pociąga następne.

Analiza wiersza Tomasz Jastruna:

Pierwsze spojrzenie

-Co to jest?

-To są gwiazdy
Patrzył tam długo
Z głębokim zrozumieniem

Trzymałem się kurczono
Jego małej rączki
Balem się, że odejdzie
I zostanę sam
Zagubiony we wszechświecie
Tomasz Jastrun

To bardzo prosty wiersz. I jakoś podobny do jednego z wierszy Izabela Fietkiewicz-Paszek, która
Tez zbudowała utwór na pozornie, naiwnym pytaniu dziecka. I przykład, że poezja może być oparta na jakimś konkretnym zdarzeniu, może nawet cytować dialog.
Mój wiersz oparty jest na prawdziwym zdarzeniu, bohaterem jest mój mały wtedy synek, który wyszedł ze mną po raz pierwszy na spacer, było to zimowa nocą. Trzymałem go za łapkę, skrzypiał śnieg i świeciły gwiazdy. Spojrzał nagle do góry i zapytał - co to? Odpowiedziałem - to są gwiazdy.
Te same słowa już jest niemal wiersz jest. Wiele pytań dzieci, ich zdumienie światem, to czysta poezja. Ale w poezji takie zdumienie światem można obudować jeszcze słowami, nie powinno jednak być ich wiele, aby nie zepsuć wiersza.
Tak , to dzieci uczą nas świata bardziej niż my ich.



Jacek Dehnel

Co czytać?

Przede wszystkim: w ogóle czytać. Wielu początkującym poetom i prozaikom wydaje się, że robota pisarska polega głównie na zaczernianiu kartek pismem albo wstukiwaniu tekstu w komputer. Pisze się wtedy oczywiście "z serca" i "duszą" i "nie oglądając się na innych, żeby się nie zapatrzyć". Znana wymówka leniwców. Tymczasem każdy z nas, nawet jeśli czyta mało co i mało kiedy, już się zapatrzył, już ma jakąś wizję tego, jak powinien wyglądać wiersz. Taka podstawowa wizja, nie wzbogacona żadnymi dodatkowymi poszukiwaniami, to wypis z lektur szkolnych: poetyka romantyczna i młodopolska, okraszona strzępkami Wojaczka i Bursy. Wszystko w uproszczonej wersji, czyli wszelkie subtelności pominięte, zostają tylko "otchłanie duszy", "ptaszęta na gałązce kwilące" oraz krew i sperma.


Tymczasem robota pisarska polega głównie na czytaniu. I to możliwie szerokim i możliwie pogłębionym, dzięki któremu uczymy się najrozmaitszych poetyk, środków formalnych, rejestrów językowych, kształcimy się w wynajdowaniu najdrobniejszych niuansów i ukrytych znaczeń. A zatem czytać przez wieki i kraje, od antyku po współczesność, od literatury polskiej, francuskiej, angielskiej i amerykańskiej, przez czeską, węgierską, skandynawską, iberoamerykańską, po pieśni aborygenów i cygańskie romanse. Czytać poezję i prozę, encyklopedie, tanie romanse, horrory. Uczyć się poetyk, podgryzać.


Każdy czytelnik ma oczywiście swoich ulubionych poetów i prozaików. I tych na koniec mogę wymienić, dla porządku:


Balzac, Proust, Bułhakow, Schulz, Gombrowicz, Capote, Marquez, Borges, Cortazar, Murdoch, White (Patrick, choć Edmund też może być), Hollinghurst.


Kawafis, Lorca, Mandelsztam, Rilke, Auden, Larkin, Masters, Miłosz, Szymborska, Herbert, Brodski, Grochowiak.


Można też trochę nowych polskich poetów i prozaików: Huelle, Chwin, Pilch, Tokarczuk, Podsiadło, Świetlicki, Tkaczyszyn-Dycki, Agnieszka Kuciak, Tomasz Różycki, Maciej Woźniak. Jest co czytać.

Jak pisać?

Po pierwsze: nie po to, żeby "być pisarzem" czy "być poetą", ale po to, żeby stworzyć dobrą prozę albo dobrą poezję. Zbyt wiele osób pisze po to, żeby dopieścić swoje ego, poczuć się wyjątkowo, wyrwać chłopaka czy dziewczynę na bohemiastą otoczkę "przeklętego ducha twórczego". A tu idzie o umiejętne składanie słów.

Po drugie: nie terapeutycznie. Nie, że nigdy - owszem, można sobie pisać terapeutycznie (bo boli nas serce, bo Zocha nas rzuciła, a dziadek umarł, a matka niemiła, a samotność, a cierpienie) w kajeciku, ale nie ma co tego publikować; terapia polega raczej na zwerbalizowaniu, niż na tym, że się czytelnika katuje swoimi problemami. Czytelnik ma swoje problemy i nie po to czyta, żeby się dowiedzieć, jak ktoś tęskni za Zochą. Chyba, że sam jest ową Zochą, ale to raczej specyficzny przypadek. Zazwyczaj interesuje go to, co jest uniwersalne, co dotyczy (i dotyka) go bardziej niż czyjaś jednostkowa historia, jakieś zdarzenie, którego nie ma sensu interpretować na wyższym, symbolicznym poziomie. A zatem: jeśli wprost napiszemy o tym, że kochamy Zochę, to jest to ważne dla nas i dla Zochy (ewentualnie dla Eweliny, czekającej na miejsce po Zosze). Jeśli napiszemy to tak, że czytelnik w uczuciu do Zochy odkryje swoje własne uczucie do Ziuty lub Sławka, albo, lepiej, dowie się czegoś więcej o samej naturze miłości, to stworzyliśmy literaturę.

Po trzecie: pamiętając o konstrukcji. Wiersz kiepsko skonstruowany jeszcze jakoś ujdzie, czytelnik się przemęczy przez 15 linijek i zapomni. Ale 300-stronicowa powieść, czy nawet 20-stronicowe opowiadanie nie może nie mieć szkieletu, bo znudzony czytelnik rzuci je w kąt po pierwszych pięciu stronach. No, chyba, że jest kochającą babcią albo zakochaną w autorze Zochą (lub Eweliną) - ale to, jak już wspominałem, przypadki szczególne. A zatem nie można pisać na zasadzie: siadłem se, zacząłem se, pisałem se i se skończyłem, bo powstaje nie książka, a bubel. Pisząc musimy cały czas mieć na uwadze układ całości i umysł czytelnika: to, że czytelnik wchodzi do opowieści, której w ogóle nie zna (nie to, co autor: autor wie całkiem sporo, a czasem ma już w głowie wszystko, od ogólnego zarysu, po kształt klamki, którą naciska bohaterka na 25 stronie); że trzeba go przez tę opowieść przeprowadzić tak, żeby się nie gubił (a jeśli się gubi, to dlatego, że ma się zgubić, że chcemy go zgubić, i że z tego zgubienia coś ma wyniknąć dla odczytania książki). Musimy też pamiętać o koncentracji czytenika: umiejętnie przeplatać fragmenty -mówiąc w wielkim uproszczeniu - "akcji" i fragmenty "refleksji". Czytelnik może być zainteresowany filozoficznymi dysputami, rozterkami bohaterów, etc., ale nie wymagajmy od niego zbyt wielu poświęceń, czasem trzeba nakarmić jego wyobraźnię, dać mu na pożarcie jakieś konkretne krzesło, świerk, szklankę na stole. A nie tylko tajemnica bytu i tajemnica bytu. Trzeba mieć w głowie najróżniejsze rozwiązania formalne i stosować je umiejętnie - tak, żeby przykuwały czytelnika do książki zamiast go zniechęcać.

Po czwarte wreszcie: pisać w sposób zdyscyplinowany. Przerabiać, skreślać, wyrzucać, cyzelować. Usuwać każde zbędne słowo. Po dziesięć razy czytać akapit po to tylko, żeby przesunąć przecinek. Czytać sobie na głos, żeby wychwycić melodię tekstu. Kształtować ją świadomie. To, co zostanie wydrukowane, jest wydrukowane raz na zawsze, jest niepoprawialne - dobrze mieć to w pamięci i dziesięć razy wszystko sprawdzić zanim się coś wyda. Albo nawet wklei w portal literacki.

Analiza wiersza

Fleur Adcock
For a Five-Year-Old

A snail is climbing up the window-sill
into your room, after a night of rain.
You call me in to see, and I explain
that it would be unkind to leave it there:
it might crawl to the floor; we must take care
that no one squashes it. You understand,
and carry it outside, with careful hand,
to eat a daffodil.

I see, then, that a kind of faith prevails:
your gentleness is moulded still by words
from me, who have trapped mice and shot wild birds,
from me, who drowned your kittens, who betrayed
your closest relatives, and who purveyed
the harshest kind of truth to many another.
But that is how things are: I am your mother,
And we are kind to snails.


Dla pięciolatka

Ślimak poprzez parapet powoli się wspina

do twojego pokoju po nocy deszczowej.

Wołasz mnie żebym zobaczyła. Powiem,

że byłoby niegrzecznie go tutaj zostawiać,

mógłby spełznąć na ziemię; musimy uważać

bo ktoś mógłby go rozgnieść. A ty to rozumiesz

i niesiesz go ostrożną dłonią na podwórze

żeby zjadł sobie żonkila.


Wtedy dopiero widzę, że przeważa jakaś

wiara: twą delikatność wciąż kształtują słowa

tej, której się na ptaki zdarzało polować,

i topić twoje kotki, i wytruwać myszki

tej, co nieraz zdradziła najbliżych ci bliskich

a innym w oczy prawdę powiedziała twardą.

Ale tak już jest w życiu: jestem twoją mamą

my nie krzywdzimy ślimaka.
Tłum. Jacek Dehnel

Wybrałem tekst, który spełnia, jak sądzę, wszystkie postulaty, które wypisałem wyżej. Adcock korzysta z tradycji literackiej: używa znanego metrum (pentametr jambiczny, który jest dla angielszczyzny tym, czym jest trzynastozgłoskowiec dla polszczyzny), kunsztownego przeplotu rymów (ABBCCDDA), ale równocześnie je twórczo modyfikuje: obcina ostatnie wersy zwrotek żeby były bardziej dźwięczne i bardziej zwracały uwagę, opisuje nie jakieś wzniosłe czyny bohaterów czy miłość pasterek, ale proste wydarzenie z życia codziennego: dziecko znajduje w pokoju ślimaka, a matka każe mu odnieść go do ogrodu.

Równocześnie wiersz wspina się na poziom głębszej refleksji peelki (podbiotu lirycznego, czy, w tym wypadku, "podmiotki lirycznej") nad własnym życiem, a po drugie zadaje pytania znacznie poważniejsze, niewypowiedziane wprost w tekście, ale oczywiste w interpretacji, jak choćby: Na czym opiera się nasze poczucie sprawiedliwości i dobra? Czy ma źródło w czymś głębszym, czy tylko w zespole przyzwyczajeń i poglądów? Czy nie za łatwo usprawiedliwiamy swoje niegodziwości? Czy cały proces kształcenia dziecka (a może w ogóle edukacji i dojrzewania) nie jest procesem skażonym owym wygodnym usprawiedliwianiem niegodziwości? Czy nie jest tak, że jesteśmy dobrzy tylko wtedy, kiedy jest nam to na rękę?

Adcock umiejętnie lawiruje, przechodząc od konkretnego obrazu (dziecko ze ślimakiem w ręku), przez rozmowę dziecka z matką (wypowiedane kolejno zdania są ukryte w tekście, ale jakże prawdziwie brzmią), przez jej refleksję nad całym swoim życiem, aż po ostatnie dwie linijki, które wypowiada niby to do dziecka, a właściwie chyba do siebie ( z całą świadomością, jak płytka jest jej "dobroć", każąca ocalić ślimaka). Równocześnie kolejne rekwizyty i obrazy (parapet i wspinający się po nim ślimak, dłoń dziecka, żonkil, małe myszki w pułapkach, topione koty, strzelanie do ptaków) przykuwają nieustannie uwagę czytelnika.


I wreszcie: trudno w tym wierszu (przynajmniej w oryginale; tłumaczenie zawsze jest mniej doskonałe) znaleźć zbędne słowo, które nie miałoby jakiejś funkcji (budowanie akcji, nastroju, precyzowanie obrazu). W dodatku tekst umiejętnie gra rozmaitymi, czasem zaznaczonymi bardzo delikatnie rejestrami mowy (mowa dziecka, mowa dorosłych odnoszących się do małych dzieci, etc.). Wiersz Adcock jest jak pracowicie oszlifowany kamień: każda faseta inaczej odbija światło lektury, tak, że ogień kamienia uzyskuje najwyższy blask.


Maria Cyranowicz

Jak pisać i co czytać ?

Tak jak mówiła Virginia Woolf, żeby pisać, należy mieć własny pokój. W tym pokoju oczywiście najważniejsze są dla młodego poety książki. Ale równie ważny, jak twierdził Gustaw Flaubert, jest tapczan [tzn. cokolwiek bądź nadającego się do leżenia]. A po co tapczan? Aby móc swobodnie przechodzić z przestrzeni biblioteki do rzeczywistości. Pozycja horyzontalna sprzyja bowiem zdystansowanej obserwacji myśli, które w kontakcie ze słowem pisanym pączkują niekontrolowanie. Łapanie myśli na gorącym formowaniu się w zdanie to umiejętność niezwykle ważna, wymagająca specyficznego stanu skupienia. Bo "poezja jest to tworzenie pięknych zdań" - jak słusznie zauważył Tadeusz Peiper.

Wedle jakich kryteriów można stwierdzić, że zdanie jest piękne? Dlaczego jeden wers budzi zachwyt, a inny zażenowanie? Oczywiście o odbiorze poezji decyduje sama poezja - gust poetycki wyrabia się tylko i wyłącznie poprzez lekturę tego, co pozostawili po sobie wybitni poeci. Najlepiej zacząć od czytania poetów chronologicznie - od czasów najdawniejszych do współczesnych, aby zaobserwować różne pomysły na tworzenie poezji i wielorakie ich kontynuacje dzisiejsze. W ten sposób można uniknąć ponownego odkrywania Ameryki. Przy okazji taka literaturoznawcza lektura pomaga zorientować się, który styl warto wybrać i kontynuować we własnej twórczości.

A zatem poszukiwanie własnego stylu należy zacząć od przyjrzenia się, jak robili to rodzimi mistrzowie. Proponuję więc taką dla przykładu chronologicznie ułożoną lekturę wierszy: Szymona Zimorowica, Klemensa Janickiego, Zbigniewa Morsztyna, Sępa-Szarzyńskiego, Antoniego Malczewskiego, Marii Komornickiej, Zuzanny Ginczanki, Aleksandra Wata, Tadeusza Peipera, Anny Świrszczyńskiej, Stanisława Grochowiaka, Tadeusza Nowaka, Stanisława Barańczaka, Jacka Podsiadły.

Specjalnie pomijam tu znane ze szkolnego kanonu nazwiska, ponieważ lektura poezji powinna być jak najbardziej samodzielna, nie skażona instruktażem lekcyjnym, który uruchamia się zawsze, gdy młodzi ludzie sięgają po wiersze poetów, które omawiali w szkole.

Jaką technikę czytania zaś zastosować? Najlepiej czytać tomik jednego poety przez tydzień lub dłuższy czas - tak, by oswoić się z jego poetyką i tematyką wierszy. Pospieszne czytanie jest tylko stratą czasu - poezja wymaga skupienia i wielokrotnej lektury. Można też nauczyć się na pamięć jednego z wierszy - recytowanie z pamięci pomaga wniknąć głębiej w tkankę tekstu poetyckiego.

Kiedy już uda się zrealizować taki program lektur, należy odłożyć wypożyczone lub zakupione tomiki i poczytać prozę, aby oczyścić pamięć z wierszy. Nie chodzi przecież o to, żeby epigońsko naśladować dawnych mistrzów, tylko o to, żeby w echu tradycji poetyckiej, która dociera do nas z przeszłości, usłyszeć coś, co może być twórczą inspiracją. Aby dobrze grać na jakimś instrumencie, nie wystarczy trenować na nim gam, trzeba też posłuchać wielu utworów granych przez wirtuozów - po to, żeby poznać możliwości tego instrumentu.

Instrumentem w poezji jest język. Wiersz to utwór, w jakim język prezentuje swoją ekspresyjność i refleksyjność. Trzeba poprzez lekturę poezji osłuchać się z językiem, w jakim się chce pisać, aby swobodnie wykorzystywać jego możliwości.

Przy pisaniu wierszy należy pamiętać, że poetyckość nie polega na zapisywaniu słów, ale zdań - czyli związków wyrazowych. Siła poezji nie bierze się ze słów, tylko paradoksalnie tkwi między słowami - w przestrzeni łączenia się słów w nowe sensy. Jeśli ktoś skupi się na słowie, nie uda mu się powiedzieć niczego, czego by nie przeczytał wcześnie w słowniku. Nie wyrazi też swoich emocji i nie przedstawi swojego oglądu świata, bo słownik kodyfikuje uniwersalne, czyli potoczne znaczenia słów. A przecież każdy ma tak naprawdę do opowiedzenia własne wrażenia i w poezji chodzi właśnie o ich wyraźne wyrażenie.

Pamiętając o tym, że najważniejsza jest łączliwość znaczeniowa słów, a nie ich osobne znaczenia, trzeba korzystać z technik stylistycznych, które ją eksponują - a więc przede wszystkim używać metafor. To właśnie metafora - mówienie nie wprost, ale poprzez specyficzne zestawianie wyrazów - jest podstawowym wyznacznikiem poetyckości - jest tym, co odróżnia poezję od prozy. Bardzo ubogi byłby język bez frazeologii, czyli potocznych metafor. Jak uboga więc jest bez metafory poezja, można się przekonać, czytając wiersze nadmiernie sprozaizowane, będące właściwie notatkami poszatkowanymi na wersy.

Analiza jednego utworu

Miron Białoszewski

***

bez ludzi

tylko ja

pole do przepisu

Powyższy wiersz Białoszewskiego to poetycka miniatura, której nie należy jednak mylić z haiku. Wygląda niepozornie, jak szybko nabazgrana notatka, ale nawet w niej bez trudu rozpoznajemy styl poety: błyskotliwość i paradoks języka. Słowa są tu dobrane w taki sposób, że narzucają ton lektury - niewymuszony, swobodny, trochę beztroski, a trochę z troską. "bez ludzi" przywołuje skojarzenie z "bezludziem", które by wprowadzało niepotrzebny patos. "tylko ja" można odczytać dwojako - czuć tu jednocześnie dwa nastroje samotności - radość z bycia wreszcie samemu i smutek z powodu osamotnienia. O tym, że dominuje jednak radość, decyduje ostatni wers: "pole do przepisu", w którym Białoszewski naruszył związek frazeologiczny "pole do popisu". W efekcie wierszyk ten staje się zaszyfrowaną definicją osobnej egzystencji: samotność to przepis na samego siebie.

Mimo woli przypomina się tutaj inna definicja językowa Białoszewskiego: "ś-wiadomość" to "wiadomość o się".


Michał Kasprzak

Jak pisać?

Tekst jest pseudonimem tajemnicy, jej szyfrem nie do złamania. Musimy być przygotowani na porażkę w starciu i z cudzym, i z własnym tekstem, ale to porażka sprawcza każdego aktu pisania/lektury. Kiedy przestaję rozumieć, zaczynam czytać lub pisać.

Przede wszystkim zatem - przemilczajmy, nie dopowiadajmy ("O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć", powiedział Wittgenstein). Tekst musi "odsyłać do czegoś innego", co z natury rzeczy pozostaje poza przestrzenią wyrazu: Zawsze jednak / jest jeszcze jakieś inne miasto, ponad / tym. Zawsze jest coś ponad tym. Nie, nie jestem zdrajcą, / bo bronię tego miasta, tylko tutaj mam / prawo" (M. Świetlicki), "Widzę światy wewnątrz i poza symbolem" (J. Podsiadło). Nie definiujmy nieznanego, ponieważ nagi król nie jest już królem. Nie nazywajmy uczuć i przeżyć, unikajmy pojęć abstrakcyjnych (wzruszenie, ból, miłość), które określają, zamiast opisywać i przekazywać stany za pomocą szczególnej organizacji tekstu (istnieje nawet teoria mówiąca o wpływie brzmienia wyrazów na ośrodki głoskowe w mózgu). Bądźmy niegrzeczni wobec języka oficjalnego, ba! bądźmy niegrzeczni wobec języka w ogóle. Zasięgnijmy kulawego języka ulicy, języka reklamy, różnych języków środowiskowych - żywego języka na drodze jego przemian, bo w tak szerokim spektrum mogą objawić się sensy, których nawet nie podejrzewaliśmy o istnienie,
a które język podsuwa w najbardziej nawet prozaicznych sytuacjach komunikacyjnych. Stosujmy struktury eliptyczne (pamiętając o postulacie Różewicza - "Zawsze fragment"), nie bójmy się łamać konwencji i reguł gramatycznych. "Innego" mogę spotkać tylko pod warunkiem, że wyjdę poza krąg oswojonych formuł
i przyzwyczajeń, że przekroczę to, co oczywiste, że podejmę ryzyko i zgodzę się na nieznane, na eksperyment ontologiczny, że zaskoczę siebie samego oraz odbiję się od i w tej Inności. Dopiero dzięki Innemu bowiem sam staję się do pomyślenia. Na początek - tyle, i aż tyle.

Co czytać?

Zdecydowanie wszystko, od klasyki począwszy, poprzez twórczość literacką rówieśników, a skończywszy na gazetach, słownikach, hasłach reklamowych (tak często korzystających z poetyckich figur). Wszystkie teksty kształtują naszą świadomość językową i wszędzie czają się inspiracje. Akt lektury musi się jednak dokonywać przy zachowaniu szczególnego dystansu, musi być aktem krytycznym i oceniającym. Ważnym etapem na drodze wypracowywania indywidualnej formuły poetyckiej jest testowanie różnych konwencji lirycznego mówienia, spośród których z czasem wybiera się tę najlepiej zaspokajającą własne potrzeby komunikacyjne, a w jej ramach dopiero następuje krystalizacja osobnego idiomu poetyckiego. Częste konstatacje raczkujących poetów: "Nie czytam, bo nie chcę ulegać wpływom" są albo wynikiem arogancji i ignorancji, albo niebezpiecznej naiwności. W efekcie bowiem i ci poeci bezwiednie (lub, co gorsza, świadomie!) ulegają wpływom języka, jakiego nauczyły ich choćby podręczniki, naśladując frazę Krasickiego, Mickiewicza, Herberta, Miłosza. Nie należy też - ta teza zabrzmi może nieco kontrowersyjnie - brać przykładu z "mistrzów", z "klasyków" literatury. Język nie jest niezmienny w czasie ani uniwersalny; sam będąc tworzywem, tworzy nieustannie siebie, zmienia znaczenia i nacechowania słów. Pisząc, oczywiście, należy się zachowywać względem swoich realiów językowych tak, jak zachowywali się dawni "mistrzowie" względem swoich. Ale analiza poezji np. Słowackiego na tle ówczesnego stanu języka to wnikliwa i specjalistyczna praca filologiczna, nie dla wszystkich, raczej - dla nielicznych. Takie wzorowanie się jest skazane na kalkomanię struktur całkowicie nieprzystających do dzisiejszej rzeczywistości lingwistycznej. Początkującym autorom radzę zatem czytać literaturę "wspak" lub dwutorowo: historycznie i synchronicznie (arsenał obecnie powstających dzieł). Bo tak naprawdę chodzi o określenie własnego miejsca w kształtującej się literackiej przestrzeni, a to ze względu na wolny rynek wydawniczy i brak opiniotwórczego centrum krytycznego okazuje się nie lada wyzwaniem. Niech kilka tytułów młodoliterackich czasopism okaże się na tej drodze pomocne: "Ha!art", "Fa-art", "Studium", "Kursywa", "Opcje", "Kresy", "Lampa", "Red", "Wakat", "Pro Arte", "Portret", słownik-antologia "Tekstylia". O tzw. rocznikach siedemdziesiątych oraz słownik "Tekstylia bis". Większość z nich posiada również własne serie wydawnicze (młodej poezji i prozy), zaś rajem dla czytających warszawiaków okaże się z pewnością regał z nową poezją na pierwszym piętrze "Trafficu". (Szczególnie zaś nie polecam międzypokoleniowych "Akantu" i "Poezji dzisiaj").
Analiza

Mówiąc lub pisząc o swoim wierszu, staję się jego anonimowym czytelnikiem, interpretatorem nieuprzywilejowanym wcale spośród innych. Postmodernizm radykalnie ogłosił "śmierć autora", domagając się poszukiwania intencji tekstu, a nie intencji jego sprawcy. Język bowiem jest samoorganizującym się systemem i mnie-piszącemu lub mnie-czytającemu objawia jedynie zalążki niektórych sensów tekstu, spośród niezliczonej ich ilości. Czytając, wyruszam zatem kolejny raz w równie nieznaną drogę.

a opatrzone będą zorze tylko

w ten brak gorszego boga popod nami w ten czas

jak w miasto pełni próżne nim przyjdzie wykuwać każde kłucie na

bal który i sobą na pamięć nie zaboli ni chrzcinami krztyny

znów widzisz jaki wykrztuśny w twoim kierunku bywam

raz że nonkonforma w tej pogodzie popierdoliło się

z komunikacją co jeśli w niej nie będziesz znów niejedno razem

panaceum mi się spisze: nie wzejdzie dla kogo nie zabolisz

w przejściach pominięta pod szczelną miasta łatą choćbym wszystkie

mapy tobą splamił a jedynie one udawały przykryć

kokonową kanonów kanonadą choćbym przewijał na podglądzie

ślady dzieckiem ślepe i wyrabiał się przy tym jak pomysł

przypuszczalność popuszcza i co wreszcie

jakbym miał sobą rany boskie na cukier zatrzeć na tłuszcz ulic

pokryć poskładany cielec za

czyimi plecami?

Istotną rolę odgrywa chyba dwukodowość tekstu: na plan literalny (dosłowny - przestrzeń miejska) zaczynają nakładać się znaczenia egzystencjalne i bardziej uniwersalne dysfunkcje językowe. Miasto staje się ich upostaciowioną metaforą, a może nawet napiętnowane zostaje winą za taki stan rzeczy. Przypomina mi się wiersz Anny Piwkowskiej: "To miasto mnie usypia, otula w bandaże / chory mózg. Przy nim obłęd jest jak mały karzeł". Miasto jako zewnętrzna powłoka, która szczelnie zarasta i tłumi wszelkie przeżycia, "miasto pełni próżne", w którym nawet ból trzeba prowokować (nie wzejdzie dla kogo nie zabolisz - ból to wyznacznik istnienia), a ten uzewnętrznia się co najwyżej w oznakach śladowego kłucia. Balowe, karnawałowe miasto, pokryte "kokonową kanonów kanonadą", w którym nawet poranne (zranione) zorze zostały skrzętnie opatrzone. Rezultatem okazuje się wyraźna degradacja transcendencji: zorze są znakiem nostalgii ("Kiedy ranne wstają zorze" Karpińskiego) w świecie od-znaczonym, w świecie, w którym nastąpiło odwrócenie hierarchii, w czasie równoznacznym z brakiem "gorszego boga popod nami" (już nie "istnienie" gorszego, ale "brak", już nie "ponad", ale "popod"). Dużo myślałem o filmie "Dzieci gorszego Boga". Ta fatyczna sytuacja rzutuje nade wszystko na relacje między mną a Innym, właściwie Inną, z którą nie mogę się porozumieć. Wykrztuśność zastępuje miejsce wylewności; podmiot krztusi się słowami, które jakby nie są jego, które pozostają w sprzeczności z intencją nadawcy, a wypowiedziane - współtworzą językową przestrzeń Babel. Mówiąc bez ogródek: "popierdoliło się z komunikacją", nie tylko z tą miejską, "co jeśli w niej nie będziesz" (Kazika: "Ten pociąg nie pojedzie jeśli ty w nim nie będziesz"), ale i z tą będącą podstawą kontaktu z otoczeniem. Pozostaje mijanie się w przejściach, pod "szczelną miasta łatą". I żadne mapy nie pomogą mi w tej miejskiej i komunikacyjnej eskapadzie, skoro - zgodnie z diagnozą Baudrillarda (notabene, tydzień temu zmarłego ) - żyjemy w epoce symulacji i dziś nie wiadomo, czy to terytorium poprzedza mapę, czy mapa terytorium. Utraciliśmy kontrolę nad językiem i on nami kieruje wedle sobie tylko znanych motywacji. On mówi mną, każe mi "wykuwać kłucie", być "wykrztuśnym chrzcinami krztyny", podlegać "kokonowej kanonów kanonadzie" (ewidentnej kalce frazy Jarosława Lipszyca: "karkołomne kategorie kartek"). Tego domagał się ode mnie w A.D. 2003.


Zbigniew Jerzyna

1. Jak pisać wiersze?

Jest to pytanie trochę bałamutne. Tak naprawdę pisania wierszy nauczyć się nie można. Można jedynie coś ważnego podpowiedzieć, podzielić się poetycką wiedzą, wskazać na rażące błędy, wyprowadzić piszącego z labiryntu nieporadności. Aby pisać, na początku musi być jakaś przemożna potrzeba pisania, podzielenia się z innymi czymś bardzo ważnym, co utkwiło w naszej duszy, w sercu i w rozumie, i domaga się natychmiastowej słownej (poetyckiej) demonstracji. Najczęściej są to nasze rozterki i utrapienia. Ale też może to być jakiś "nadmiar" zachwytu, olśnienia czy zauroczenia. Mogą powstawać wiersze jako wyraz lęku, bólu, cierpienia, ale też powodowane miłością i współczuciem. Tu, natychmiastowa moja uwaga: poeci, nie bójcie się uczuć! Niech wasze wiersze dążą do możliwej do osiągnięcia pełni. Musi w nich być miejsce zarówno na rozum jak i na serce. Marzeniem winno być: stać się "pełnym człowiekiem", zostać "pełnym poetą". By nigdy nie zarzucono waszym wierszom, że są owocem "oschłego serca".
W dobrym wierszu każde słowo musi być potrzebne, niezbędne, konieczne. I nie bójcie się słów, które wydadzą się wam niepoetyckie. Nie ma takich słów. Każde, bez wyjątku słowo może być użyte w wierszu. Jest tylko jeden warunek: jego obecność w wierszu musi mieć swoje uzasadnienie. Jeśli myślicie poważnie o poezji to należy przyswoić sobie "wsłuchać się" w największe osiągnięcia polskich poetów. Od staropolszczyzny, Wielkich Romantyków po Współczesnych. To dla przyszłego poety będą "poetyckie fundamenty", mówiąc potocznie, przyszły poeta zostanie "mocno osadzony w języku". I następna rada: aby nie być zbyt literackim, aby już za młodu "nie skostnieć" wysłuchujcie ż y w e g o j ę z y k a. Słuchajcie uważnie jak mówią ludzie wam współcześni. I jeszcze taka uwaga, może najważniejsza z ważnych: nie bójcie się życia, nie uciekajcie od życia. Bowiem prawdziwa poezja nie jest formą ucieczki od życia, ale swoistym, niepowtarzalnym wyrazem najgłębszych przeżyć i doznań człowieka.
I tak już na koniec, jedno przesłanie do młodych piszących: największą cnotą każdego artysty jest c i e r p l i w o ś ć. Bądźcie więc, Młodzi Przyjaciele, przede wszystkim cierpliwi.

2. Przykładowa analiza

Do naszej analizy, a może lepiej takiej "bezbolesnej rozbiórki" wybrałem wiersz młodej poetki, uczestniczki Warsztatów Literackich przy Służewskim Domu Kultury - Agnieszki Jermołowicz:

Kiedy idę do ciebie robić miłość
to udaję że wierzę w mięso
kult ciała
somatyka seksualizm
to ucieczka od spraw ducha
akt desperacki
gest rozpaczliwy
który jakby rzekł Różewicz
niczego nie wyjaśnia
niczego nie tłumaczy
żywotność erotyki jest niebezpieczna
trzeba mieć bardzo pojemne serce
aby zrozumieć te sprawy

ciało to narzędzie człowieka
to przedmiot i środek techniczny
to wóz i przewóz
to kosa i kamień
to miecz i gniew
to opakowanie na mięsień sercowy
to wyrzut sumienia.

Jest to wiersz, w którym poetka "rozgrywa" niezwykle ważną sprawę dla siebie i dla nas. Który nas przymusza do osobistej deklaracji, po której stoimy stronie. Jest to przykład "wiersza myślącego". W prostej formie przekazuje nam ważne sensy. Zwróćmy uwagę na pierwszą linijkę wiersza: "Kiedy idę do ciebie robić miłość" - jest w tym stwierdzeniu jakaś ostra prowokacja, ale też bunt, jakiś zdecydowany protest "zranionej niewinności". Dalszy ciąg wiersza staje się takim procesem dostarczania dowodów, swoistych oskarżeń współczesnej "filozofii życia", naszej pozbawionej hamulców obyczajowości. Wielką mądrością tego wiersza jest fakt, że poetka podpowiada alternatywę, tak więc, nie jest to tylko bunt dla buntu:

żywotność erotyki jest niebezpieczna
trzeba mieć bardzo pojemne serce
aby zrozumieć te sprawy

Ten wiersz mówi o bardzo ogólnych sprawach, ale zbudowany jest z "faktów rozumu" i obwarowany rzeczywistością: "kosa i kamień", "wóz i przewóz", "mięsień sercowy". To naprawdę dobry, klarowny wiersz, który nie tylko zmusza nas do pewnych przemyśleń, ale jest wyrazem poetyckiej wrażliwości i ludzkiej pasji.

3. Co czytać?


Może to ryzykowne, co tu zaraz powiem, ale w moim przekonaniu tak jest: należy czytać Wszystko, książki z wszystkich dziedzin wiedzy, z wszystkich gatunków literackich. Bowiem wszystkim karmi się poezja, wszystko może stać się impulsem do napisania wiersza. Lecz przede wszystkim trzeba poznać arcydzieła: Homera, tragików greckich, Platona, Dantego, Cervantesa, Szekspira, Dostojewskiego. Należy czytać najlepszą polską poezję: teksty staropolskie, Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, Miłosza i Przybosia. A z bardziej nam współczesnych: Szymborską, Bursę, Herberta i Grochowiaka. No, i oczywiście wielkiego poetę Tadeusza Różewicza. I sięgnijcie też czasami do naszych tragicznych a zarazem cudownych poetów Powstania Warszawskiego: Baczyńskiego i Gajcego. Czytajcie poetów obcych, rosyjskich i tych z Zachodu. Osipa Mandelsztama, Cwietajewą, Achmatową, a także Eliota i Apollinaire'a, Brodskiego i Ginsberga. Dużo jest wspaniałej poezji w Polsce i na świecie. Czytajcie dużo, lecz nie za dużo. Zostawcie w swoim talencie miejsce na rozwijanie własnej oryginalności i twórczej niezależności.


Jerzy Górzański


Co czytać?

Poeta powinien trzymać się zasady Guillaume Apollinaire'a: "Nie czytajcie miernot, czytajcie arcydzieła".
Czytanie Apollinaire'a (bliższego w czasie), jak i Francesco Petrarki (dalszego w czasie) służy rozwijaniu wyobraźni i pogłębianiu warsztatu poetyckiego.
Nie ma cudów w tej mierze: trzeba znać Jana Kochanowskiego "Treny", Adama Mickiewicza "Pana Tadeusza" (tak, tak, czytanego nie pod przymusem!), Juliusza Słowackiego "Beniowskiego", "Łąkę" Bolesława Leśmiana, ale też T.S. Eliota, Rainera M. Rilkego, również XIX-wiecznego Williama Blakea, XX-wiecznego Jorge L. Borgesa, także współczesnego Seamusa Heaneya, jak i ubiegłowiecznego Federico G. Lorcę, również Borysa Pasternaka i Josifa Brodskiego. Także Zbigniewa Herberta i Rafała Wojaczka. Czy też Czesława Miłosza.
W tej wielości zjawisk poetyckich i nazwisk kryje się sens czytania, nie będący jednak granicą poezji, ale miejscem, od którego zaczyna się pisanie poezji.


Jak pisać (analiza)?

Odpowiedź na pytanie: Jak pisać? - tkwi w analizie wiersza, a raczej "scenopisie", (tym razem mojego, dla lepszej eksplikacji, napisanego przed trzydziestoma laty).

Młody Faust zwiedza Instytut Onkologiczny
i zbiera materiały do przeżyć

Wchodzę.
Dziewczyna siedzi na łóżku.
Jest łysa.
Prawa strona twarzy i oko
zakreślone kopiowym ołówkiem -
tereny do naświetlania.
- Pan mi obiecał, doktorze, że będę zdrowa.
Nie wiem, co odpowiedzieć.
Dawne piękno rozpływa się w literackich niuansach.
Robię jej zdjęcie.
Na portierni odbierają mi kliszę.
- Dlaczego? - pytam.
- Pańskie złudzenia są zabawne. Ten rodzaj kontrabandy...
Już gdzieś to czytałem.
Wychodzę.

Stoi w oknie.
Płacz przez wszystkie linie.
I ten szept: - Faustusie...

Pierwszy wers - "Wchodzę"
Cała trudność polega na tym, że pomiędzy tym wersem a wersem następnym ("Dziewczyna siedzi na łóżku") rozciąga się przestrzeń powikłań, błądzeń, zawstydzeń. Przeszedłem przez dwie sale sąsiadujące ze sobą i dotarłem do trzeciej. Była "ślepa", dalej już nie mogłem iść. Dwie kobiety oparte o parapet, a obok na łóżku siedziała dziewczyna.
Drugi wers - "Dziewczyna siedzi na łóżku".
Trzeci wers - "Jest łysa".
Czwarty wers - "Prawa strona twarzy i oko"
Piąty wers - "zakreślone kopiowym ołówkiem" -
Szósty wers - "tereny do naświetlania".

To mi się natychmiast skomponowało. Żyłem wówczas intensywnie kinem. Jawiły mi się dwa plany. Na drugim dwie kobiety w otwartym oknie. Na pierwszym ta dziewczyna. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. W zbyt obszernym szlafroku. Dłonie o cienkich palcach spoczywały na udach. Do tego opisu po latach mógłbym dodać jeden szczegół. Jej dolne powieki, jak gdyby odstające od oczu, były wypełnione po brzegi łzami - nieruchome zatoczki połyskujące metalicznym blaskiem.

Siódmy wers - "Pan mi obiecał doktorze, że będę zdrowa".

Coś zaczęła do mnie mówić, ale słów nie mogłem zrozumieć. Na pewno usłyszałem niewyraźne i chrapliwe: "doktorze". Nic poza tym.

Ósmy wers - "Nie wiem, co odpowiedzieć".
Dziewiąty wers - "Dawne piękno rozpływa się w literackich niuansach".

Co do "dawnego piękna" i "literackich niuansów". Skąd one się wzięły w tym wierszu? Pewnie jako analogia, rodzaj poetyckiego odwołania. Znałem utwór Gottfrieda Benna "Mężczyzna i kobieta idą przez barak rakowatych". Szczególnie jako zakończenie:
Tutaj wokół każdego łóżka nabrzmiewa już gleba.
Ciało zrównuje się z rolą. Żar odchodzi.
Soki szykują się do ściekania. Ziemia woła.

Dziewiąty wers - "Robię jej zdjęcie".

Odwróciłem się w drzwiach i raz jeszcze spojrzałem na ten kadr. Był nieporuszony. Dwie kobiety oparte o parapet i ta dziewczyna siedząca na łóżku.

Jedenasty wers - "Na portierni odbierają mi kliszę".
Dwunasty wers - " - Dlaczego? - pytam".
Trzynasty wers - "Pańskie złudzenia są zabawne. Ten rodzaj kontrabandy..."
Czternasty wers - "Już gdzieś to czytałem".
Piętnasty wers - "Wychodzę".

Kiedyś na spotkaniu autorskim, ktoś próbował odgadnąć w czym rzecz: "Panu zapewne chodzi o to, że nie można zabrać ze sobą czyjegoś cierpienia, że to jest nadużycie etyczne, że nikt nie ma prawa..." Odpowiedziałem wtedy: "Ja zbieram dowody, żeby dać świadectwo prawdzie, a nie kolekcjonuję czyjeś nieszczęścia, dramaty, cierpienia po to tylko, ażeby nimi epatować. Ja chcę to cierpienie w sobie uczłowieczyć". Mógłbym także powtórzyć za Witoldem Gombrowiczem, który w książce o Dantem napisał: "W największym Bólu stał mi się kimś".

Szesnasty wers - "Stoi w oknie".
Siedemnasty wers - "Płacz poprzez wszystkie linie".
Osiemnasty wers - "I ten szept: - Faustusie..."

Po wyjściu ze szpitala spojrzałem w górę. Stała w oknie na drugim piętrze. Nie płakała. Jej płacz w wierszu to moja poetycka afektacja. Być może poruszała wargami. Szept? Modlitwa? To mogło być cokolwiek. Nawet przekleństwo. Nawet nie znałem jej imienia. Prawdopodobnie już nie żyje. Zresztą nie wiem. Wszystko, co widziałem, to prawda, reszta jest zmyśleniem.
Jedno nie ulega wątpliwości: chciałem, żeby ona stała mi się kimś.