Wojciech Przybylski
za jakiego uważa mnie mój pies
plus minus tydzień w kratkę wydzierany. zamykam kramik
z wywieszką – może wrócę wcześniej, kto wie, może nawet
dalej. dom się wymyka spod klucza. w środę odwiedzam
lekarza. choruje na astmę duszy. gramy w kości. liczymy
na cud.
liczę kroki i szepty. niedzielne popołudnie z migdałami albo
dolinka wybita dębowym korkiem. po drodze mi z tym miastem.
widać wieże, hełmy bujane w obłokach, napięte łuki, strzały w
ogniu. wróg śpi we mnie - przechodzą linie, napięcia zbyt niskie.
ginę w porządkach. jestem na łasce gołębia z niebiańską pocztą.
wracam. pewnie śnisz kość na zgodę.
ja marznę ze złożonymi rękami.
proszę Boga –
już wiesz.
Jadwiga Grabarz
Dziwne, że zmysł dotyku, nieskończenie mniej ceniony przez ludzi niż wzrok, w krytycznych chwilach tworzy główną, jeśli nie jedyną więź między nami a rzeczywistością.
Władimir Nabokow
Lolita
wyją psy i samochody. miasto dotyka brzucha,
w którym burczą mokre gołębie. kilka mew lepi się do Wisły.
nasze losy nie są sprawiedliwe -
mają na imię Jan Chrzciciel, Krestitiel Gospodień.
może dlatego czuję potrzebę przemoknięcia -
wiedzą to na mnie wszystkie suche nitki, moje dłonie
spocone od odbierania wieści o uczuciach.
możesz wziąć igłę, odłamek źródła o nas samych.
użyć w obronie – ukłuć, później pogłaskać. wszystko jedno,
co będzie pierwsze, druga połowa nocy będzie spokojniejsza.
6.12.2010
Justyna Charkiewicz
ma dwa warkoczyki
i krzywą grzywkę
jak jej życie
jutro
nocą
jest tą najpiękniejszą
w koronie z zachwytów
a jej kot
rumakiem
smokiem
wróżką
czasem wszystko może być
pod powiekami
skręca się w marzenie
na księżycu
wstaje z beztroską
przekonana że w mleku
zawsze chowa się szczęście
jest więc nim przesycona
pijana
od pierwszego złudzenia
że żyje
potem wiatr
przewiewa uszy
jesiennym podstępem
i zanim znajdzie czapkę
z różowym kwiatuszkiem
oczywiście
już jej nie będzie
Stanisław Tary
Robią trumnę dla jakiegoś trupa,
ale biorą miarę ze mnie.
Jacek Trznadel
Życie, chcąc nie chcąc, to przecież zawsze klęska:
trumna, trumna i tylko trumna;
w ciemnościach dnia, skąd tak krwawo księżyc kląska? -
trumna, trumna i tylko trumna;
żeby choć miłość kobiety była skłonna... -
trumna, trumna i tylko trumna;
wiara - jak wszystko tutaj - martwa i ona:
trumna, trumna i tylko trumna;
nadzieja? - na lepsze co? - życie? dom?... cmentarz? -
trumna, trumna i tylko trumna;
lecz czasy dobre - w trumnach można przebierać:
trumna, trumna i tylko trumna;
dwa dni jak kły w szyję: śmierć i narodziny -
trumna, trumna i tylko trumna;
i jeden tylko sen powszechnie prawdziwy:
trumna, trumna i tylko trumna;
bo nawet wieki jak wieka od tych trumien:
trumna, trumna i tylko trumna;
i taki symbol: ukrzyżowana mumia -
trumna, trumna i tylko trumna;
tak było na początku, teraz i zawsze:
trumna, trumna i tylko trumna;
bo życie nietrwałe, a nieżycie trwalsze:
trumna, trumna i tylko trumna;
a żeby choć w trumnach niektórych wampiry -
trumna, trumna i tylko trumna;
lecz to gwóźdź do trumny: nie ma strzyg w empirii -
trumna, trumna i tylko trumna;
więc jeśli umiesz, wyjdź z grobu i na trumnie,
trumnie, trumnie i tylko trumnie
zagraj - tak jakbyś miał w ręku arcylutnię:
trumna, trumna i tylko trumna.
Ola Orzechowska
Moja miłość do pisania jest jak zapach rannej rosy.
To jak chóru piękne dźwięki i melodia na dwa głosy.
Ten radości krzyk jest wielki, kiedy słowa same płyną.
Jedzie pośród rzeki pragnień, tak jak pociąg swoją szyną.
To jak powiew lekki wiatru, który kapelusze zrywa.
I jak krople morskiej wody, swoje skarby w duszy skrywa.
Tak jak przebłysk letniej tęczy malującej kolorami.
I jak rytmy bicia serca, żyjącego aluzjami.
To jak poznać innych ludzi i obdarzyć ich uśmiechem.
Stąpać boso w mrokach nocy i przywitać dzień oddechem.
Poczuć świeżość uniesienia, kiedy deszcz za oknem pada.
I jak śpiew radosnych dzieci, których zawsze jest gromada.
To jak smak wielkiej przygody, która pachnie owocami.
I jak pobrzęk kieszeń kurtki, wypełnionej monetami.
To jak ściskać w ręku kamień, który niesie ludziom szczęście.
Widząc swego przeciwnika i nie myśleć już o zemście.
To jak spojrzeć z góry w przepaść i uwierzyć w możliwości.
Skoczyć w otchłań przeznaczenia, przestać siedzieć w niepewności.
Złapać wiarę w swe ramiona i polecieć na jej skrzydłach.
To jak duma i uznanie, a nie bycie w diabła sidłach.
To jak przypływ gotowości, który pcha wciąż do działania.
I jak ciche szepty nocy, tak do czynów wciąż nakłania.
To odsłonić swoje ciało, pozwalając na zranienie.
Jest jak chwila poszukiwań, nie patrząca na sumienie.